Od początku wiedziałam, że będąc po raz pierwszy w Afryce - innej niż ta północna, arabska - będę chciała zobaczyć naturę, ale też i miasto. Safari było super, odpoczynek nad oceanem też, ale chciałam doświadczyć i czegoś innego :). Nairobi, stolica Kenii, była nam zdecydowanie nie po drodze podczas tego wyjazdu, ale dużo lepiej było z Mombasą. Do tego drugiego największego miasta w Kenii mieliśmy z hotelu w Diani Beach ok. godziny jazdy, czyli idealnie na jednodniowy wypad. Postawiliśmy na wycieczkę zorganizowaną i wybraliśmy tę z oferty Rainbowa, bo nie różniła się zbytnio od tych miejscowych, znalezionych w internecie - właściwie miałam wrażenie, że wszystkie wycieczki obskakują kilka tych samych, najważniejszych punktów ;). Oczywiście, nie ma szansy, by w ten sposób naprawdę poznać dane miasto, ale nam wystarczyło - w jeden dzień Mombasy nie poznalibyśmy tak czy inaczej :).
Mombasa to największy port Kenii, z populacją przekraczającą 1,2 mln mieszkańców i historią sięgającą ponoć nawet X wieku, co czyni miasto również najstarszym na terenie kraju. Na przestrzeni wieków mieszały się tu różne wpływy, bo Mombasa przechodziła z rąk do rąk - znajdziemy tu więc nie tylko ślady kultury afrykańskiej, ale też arabskiej, portugalskiej i brytyjskiej. W efekcie tej różnorodności kulturowej, choć cała Kenia jest w znacznej mierze (ok. 85%) chrześcijańska, tak ponad połowa mieszkańców Mombasy wyznaje islam. Najstarszy zachowany do dziś meczet na starym mieście - Mandhry Mosque - zbudowano w 1507 roku, czyli jeszcze przed portugalską i brytyjską kolonizacją wybrzeża. Niestety, mogliśmy go zobaczyć tylko z zewnątrz.
No dobra, wspomniałam meczet na starym mieście, nic nie pisząc o samej starówce, a to przecież od niej zaczęliśmy zwiedzanie Mombasy. Stare miasto obejmuje obszar ok. 72 ha w południowo-wschodniej części Mombasy. I to właśnie tutaj z ust przewodnika padły słowa, do których się odnoszę w tytule wpisu: potrzeba dużo wyobraźni, by docenić piękno Mombasy. Albo w ogóle je zobaczyć. Bo to drugie największe miasto Kenii jest fascynującą mieszanką różnych stylów architektury, choć dominuje ta swahili, ale znajdziemy tu też budynki, na które wpływ miała architektura arabska, portugalska i brytyjska. Problem w tym, że to wszystko popada w ruinę... Przewodnik pokazywał nam historyczne budynki - ambasadę, pocztę, komisariat - wspominając o ich dawnej świetności. Patrząc na zdjęcia na tablicach informacyjnych i używając tej tak potrzebnej wyobraźni, można by faktycznie zachwycić się architekturą Mombasy. Podobno w pewnym momencie lokalne władze wydały nakaz pomalowania budynków na starym mieście na żółto, żeby poprawić wygląd okolicy - niektórzy tak zrobili, inni olali, woląc zapłacić mandat czy też łapówkę. W efekcie spacerując po starym mieście mijamy sporo żółtych budowli - czasem ładnych, czasem odrapanych; stare budynki z pięknymi, drewnianymi drzwiami, a gdzie indziej znów ruiny, śmietniki i zakamarki, do których by się nie chciało zajrzeć po zmroku.
Przed przylotem do Kenii nie zdawałam sobie sprawy, że Mombasa - a przynajmniej jej główna, historyczna część - położona jest na wyspie. Gdy dodamy do tego sporo zabytkowej zabudowy, okazuje się, że jednym z problemów miasta jest kanalizacja, a raczej jej brak. Powoli rozbudowywane są sieci dostarczające wodę, wciąż jednak wiele domostw uzależnionych jest od deszczówki i nosiwodów. Mijaliśmy panów ciągnących ciężkie wózki z pełnymi kanistrami, a przewodnik wspominał, że jest to jeden z najgorzej płatnych zawodów w Mombasie. Wyczytałam też, że wielu sprzedaje wodę z niepewnych źródeł i nie zawsze okazuje się ona dobra do picia, nie wspominając nawet, że sprzedawana jest po mocno zawyżonych cenach...
Spacerując po starym mieście, dotarliśmy też do starego portu, jednak nie można było tam ani wejść ani robić zdjęć, bo obecnie znajdują się w nim budynki rządowe. Obok stoi dawny budynek poczty, z którego przybywający do Mombasy mogli nadać listy z informacją, że dotarli, żyją, pewnie szybko nie wrócą ;). Obok stoi też sklepik z pamiątkami, jedyne miejsce, gdzie wypatrzyłam jakieś pocztówki (za 100 szylingów - 3 zł), choć nic takiego jak poczta podczas tego wyjazdu nie widziałam. Inna bajka, że poza tym kilkugodzinnym wypadem do Mombasy, trzymaliśmy się z daleka od ośrodków miejskich, więc nic dziwnego... :) Podeszliśmy za to pod hotel Africa założony w 1901 roku jako pierwszy hotel w Kenii. Wtedy z jego balkonów można było oglądać ocean - dziś nie do wyobrażenia, bo wszystko wokół otaczają inne budynki, stojące tak blisko, że nie da się nawet ująć w kadrze całego hotelu. Obecnie wewnątrz znajdują się wystawy zdjęć (tak twierdzi internet, bo budynek był zamknięty, więc do środka nie zaglądaliśmy), a na zewnątrz wisi mnóstwo flag i transparentów pro-palestyńskich. Po starym mieście spacerowaliśmy trochę ponad godzinę, udało mi się nawet w paru miejscach wypatrzeć jakieś elementy sztuki ulicznej, choć zdecydowanie nie była ona tak popularna jak w wielu innych krajach. A przynajmniej nie na starówce, bo nie wiem, jak wyglądają inne dzielnice Mombasy ;).
Spacer zakończyliśmy na niewielkim wzniesieniu przy wejściu do nowego portu, skąd rozciągał się widok na bogatszą i bardziej fancy dzielnicę po drugiej stronie. Minęliśmy Mombasa Club - założony w 1897 r. przez Brytyjczyków klub dżentelmenów, który swego czasu odwiedzili chociażby królowa Elżbieta II czy Winston Churchill. Teren prywatny, wstęp wzbroniony, przy bramie ochrona - widać miejsce niezmiennie od lat nie dla plebsu ;). Cóż, napatrzyliśmy się na Ocean Indyjski i skoro nie można było iść na drinka z Brytyjczykami, to trzeba było choć zajrzeć do pobliskiej fortecy...
Postawić tuż przy twierdzy z listy UNESCO boisko czy kolorowy plac zabaw? Czemu nie, to Kenia, tu nie takie rzeczy pasują ;). Zbudowany w latach dziewięćdziesiątych XVI wieku przez Portugalczyków i w 2011 roku wpisany na listę UNESCO Fort Jesus był jednym z głównych powodów, dla których bardzo chciałam odwiedzić Mombasę. Wstęp do fortecy kosztuje 1200 szylingów (35,95 zł) dla obcokrajowców (cena z internetu, więc nie wiem, na ile aktualna). Jednak zanim jeszcze weszliśmy na teren twierdzy, przewodnik poprowadził nas wzdłuż murów do umieszczonej tam tablicy pamiątkowej. Powstała ona we współpracy z polską ambasadą w Nairobi i upamiętnia 20.000 Polaków przybyłych do Wschodniej i Południowej Afryki wraz z Armią Andersa - niech wszyscy Polacy, którzy zmarli w Afryce i zostali pochowani w kenijskiej ziemi, spoczywają w pokoju.
Fort Jesus miał za zadanie chronić port w Mombasie i jest świetnym przykładem portugalskiej architektury wojskowej z tamtych czasów - i jedynym w tej części wybrzeża. Wpisano go na listę UNESCO ze względu na znaczenie historyczne - jakby nie patrzeć, była to twierdza stojąca na straży portu nie tylko za panowania portugalskiego, ale też późniejszych kolonizatorów; a także ze względu na architekturę. Mimo zniszczeń wojennych i niejednej przebudowy, Fort Jesus wciąż w dużej mierze zachował oryginalne kształty.
Przewodnik najpierw oprowadził nas po otwartej części fortecy i najważniejszych dużych pomieszczeniach, opowiadając historię tego miejsca, a potem dał nam kilkadziesiąt minut czasu wolnego. Dla mnie tak było idealnie, bo uwielbiam błąkać się po takich miejscach na własną rękę i zaglądać w różne zakamarki :). Zresztą tutaj nawet ciężko by było wejść do niektórych pomieszczeń z całą wycieczką, bo było po prostu mało miejsca - lepiej, że każdy poszedł w swoją stronę. Dzięki temu na spokojnie mogliśmy zobaczyć chociażby stare, portugalskie malowidła naścienne, zrobione przez mieszkańców fortu i marynarzy w XVII wieku, przedstawiające głównie sceny morskie. Ot, świetnie zachowana ciekawostka :). Niestety, w Fort Jesus zbuntował mi się chwilowo aparat - chyba za dużo przechodzenia z ciemnych pomieszczeń na pełne słońce na zewnątrz - i część zdjęć wyszła prześwietlona mimo dobrych ustawień i były już potem nie do uratowania. Na szczęście zorientowałam się na tyle wcześnie, by zdążyć jeszcze trochę napstrykać na innych ustawieniach ;).
Ile czasu potrzeba na zwiedzenie Fort Jesus? My na terenie fortecy byliśmy jakąś godzinę i myślę, że to wystarczy, bo teren nie jest szczególnie duży, no i nie wszędzie da się wejść do środka, a część twierdzy specjalnie pozostawiono w ruinie. Muszę jednak zaznaczyć, że my byliśmy w Mombasie, gdy główna część wystawy była zamknięta, bo coś remontowano czy przerabiano (przewodnik mówił, że to już trochę trwa...), możliwe więc, że na zwiedzanie całego muzeum potrzeba więcej czasu. A tak obejrzeliśmy podstawowe wystawy, pospacerowaliśmy wśród murów, przyjrzeliśmy się armatom portugalskim i brytyjskim oraz potężnemu szkieletowi humbaka, uzupełniliśmy zapasy wody w miejscowym sklepiku... i można było ruszać na dalsze zwiedzanie :).
Kiedy stare miasto z Fortem Jesus było już zobaczone, wsiedliśmy znów do busa i skierowaliśmy się... niespełna 2 km dalej ;). Co normalnie byłoby dla nas po prostu spacerem, no ale wycieczka zorganizowana działa, jak działa i nie będą marnować czasu na spacery, gdy można podjechać ;). A następny punkt must-see nazywał się Pembe Za Ndovu, czyli słynne Kły Słonia. Potężne kły - a właściwie ciosy, bo tak właściwie powinno się mówić - tworzące literę M nad ulicą Moi Ave stanowią dziś jeden z najpopularniejszych symboli Mombasy. Pierwsze zbudowano z drewna nad pojedynczą drogą jeszcze w 1952 roku, żeby uczcić wizytę w Mombasie księżniczki Elżbiety Windsor. Ta jednak Pembe Za Ndovu nie zdążyła zobaczyć, bo podczas pobytu w Kenii dowiedziała się o śmierci ojca i musiała szybko wracać do Londynu, by zostać nową królową... A Kły Słonia też zbudowano nowe, w 1956 roku - tym razem z aluminium i większe, już nad dwupasmową drogą. Zrobiliśmy sobie przy nich zdjęcie, a następnie całą grupą przeszliśmy do położonego tuż obok parku Uhuru. Park jak park, można powiedzieć, sporo ludzi, w tym ulicznych sprzedawców różnych drobiazgów i pamiątek, podniszczona, niedziałająca fontanna w kształcie mapy Afryki, drzewa pełne nietoperzy... Wait, what? ;) No właśnie, nietoperze w centrum miasta, setkami okupujące drzewa w parku stanowią niewątpliwie równie wielką - jeśli nie większą - atrakcję jak Pembe Za Ndovu. Podobno część miejscowych się burzy na obecność zwierzaków i to nie dlatego, że przyciągają tłumy turystów, ale ze względu na wiarę, że nietoperze to zły omen. Na szczęście władze nie wykurzyły nietoperzy z Uhuru i mam nadzieję, że tak zostanie, bo zobaczenie takiej ich ilości w centrum miasta było niesamowite :)
Miejscem, które odwiedza chyba każda zorganizowana wycieczka po Mombasie, jest lokalny targ. Bus zatrzymał się na poboczu ruchliwej ulicy, szybko wyskoczyliśmy z niego i całą grupą przeszliśmy na drugą stronę, do sporej hali targowej. Ledwo weszliśmy między stoiska, a niemal utonęliśmy w hałasie, tłumie, kolorach i zapachach. Na bazarze faktycznie robili zakupy też miejscowi i przeciskanie się w rządku między nimi bywało wyzwaniem - no i jednak uprzedzeni przez przewodnika musieliśmy mieć oczy dookoła głowy, bo w takim tłumie nietrudno stracić coś z kieszeni czy plecaka. Niektóre stoiska były jednak nastawione specjalnie na turystów: głównie te z kawą, herbatą i różnymi przekąskami w stylu orzechów, zapakowanymi i gotowymi do zabrania na pamiątkę. Opisane po angielsku, z cenami w szylingach i dolarach... ;) Skuszeni zapachem kupiliśmy czarną herbatę mango - całkiem spoko, choć piłam jednak sporo lepszych herbat ;). Przewodnik zaproponował również wizytę na sąsiednim targu mięsnym, ale na to skusiło się tylko kilku panów - skomentowali potem, że zaduch, smród, muchy, no i mnóstwo tusz zwierzęcych... No, nie odczuwałam potrzeby, by to oglądać.
Zaopatrzeni we wszelakie bazarowe zakupy wyruszyliśmy w dalszą drogę i zatrzymaliśmy się przy parku, który nasz przewodnik określił jako aleję baobabów. Pod tym hasłem w Afryce internet znajduje mi raczej Madagaskar a nie Kenię, więc więcej doczytać nie mogłam, ale w sumie co więcej musieliśmy wiedzieć? Ot, wybraliśmy się na spacer po parku, w cieniu baobabów ;). Miejscowa młodzież siedząca w okolicy musiała być już przyzwyczajona do turystów, bo gdy tylko przewodnik rzucił, że chce owoc baobabu, dwóch chłopaków podbiegło do niego w mgnieniu oka z owocami, które niestety okazały się w nie najlepszym stanie... Ale udało się je rozbić i zobaczyć, jak taki owoc baobabu wygląda w środku. Tuż obok parku znajduje się ogromny targ, mnóstwo wszelakich straganów, a przewodnik wspomniał, że to już tylko pozostałość po tym, co jeszcze z rok-dwa temu można było zobaczyć w tym miejscu. Bo za bazarem znajduje się przystań promowa i jeszcze do jesieni minionego roku prom był najpopularniejszym środkiem transportu dla tych przyjeżdżających do Mombasy chociażby z lotniska. Nigdy nie było wiadomo, ile trzeba czekać na prom - podobno 2 godziny to była norma - więc transfery lotniskowe czy wyjazdy na safari i inne wycieczki bywały regularnie opóźnione. Ale z końcem ubiegłego roku w końcu otworzono przejazd Dongo Kundu, znacząco skracając dojazd do Mombasy, a z promów korzystają teraz w dużej mierze miejscowi, którym się tak nie spieszy ;). Ale okoliczne bazary zaczęły się powoli zwijać, bo nie ma już autokarów z turystami, którzy na zakupach zabijają czas oczekiwania na prom...
Chyba na każdej zorganizowanej wycieczce, na jakiej byłam - niezależnie od kraju - musiał być postój w jakiejś lokalnej manufakturze. Nieważne, czy był to producent wyrobów z drewna lub alabastru, perfum czy papirusów, wina lub oliwy... Najważniejsze, że pracownicy mogli zaprezentować turystom proces wyrobu danego produktu, a potem spróbować coś sprzedać jak największej grupie osób ;). Zazwyczaj uważam to za ciekawe doświadczenie, bo rzadko kiedy ci sprzedawcy są bardzo natrętni - nauczyli się już współpracy z turystami, wiedzą, że i tak znajdą się chętni do zakupów, a potem przyjedzie kolejna wycieczka, i kolejna... Także tutaj zatrzymaliśmy się w lokalnej manufakturze, jednak dużo bardziej specyficznej niż te, które dotąd miałam okazję zobaczyć. Na trasie pomiędzy Mombasą a lotniskiem znajduje się bowiem Akamba Handicraft.
Akamba (lub też Kamba) to nazwa plemienia, jeden z członków którego - Mutisya Muge - zaczął w 1916 rzeźbić w drewnie i sprzedawać swoje wyroby. Osiągane zarobki zwróciły uwagę innych mieszkańców wioski, więc Muge zaczął ich uczyć. Tak z czasem narodziła się wspólnota, której członkowie pracują nad różnymi rzeźbami z drewna i sprzedają je - dziś już pewnie na cały świat :). Tutaj, w przeciwieństwie do wielu innych lokalnych sklepików, nie ma się co targować - ceny mają ustalone, tak samo jak podział, jaka część zarobków ze sprzedaży trafi do rzeźbiarza, do osoby malującej, na cele wspólnoty... Ciekawie było przyglądać się Akamba rzeźbiącym i malującym figurki, demonstrującym szczegóły swojej pracy zaciekawionym turystom. Dla nas był to już ostatni dzień pobytu w Kenii, następnego popołudnia wylatywaliśmy z powrotem do Katowic, więc z przyjemnością wyzbyłam się reszty szylingów na piękny, drewniany magnes w kształcie głowy słonia (1000 KES = 29,90 zł). A sporo innych figurek też wywarło na mnie wrażenie, tak samo jak ich ceny, bo Akamba cenią swoją pracę. Był to niewątpliwie fajny ostatni przystanek podczas krótkiej, lecz intensywnej wycieczki :).
0 Komentarze